I wtem – oczy przecieram z niedowierzaniem – "Czy metoda "kopiuj-wklej" to sposób na pisanie książek przez celebrytów? O książce Pani Pakosińskiej w recenzji "Georgialiki.Książka pakosińsko-gruzińska" i internetowa?" – czytam w profilu Ani na Facebooku.
No szczęka opadła, pozwolę sobie językiem kabaretowym, choć śmieszne to wcale nie jest.
Nie tak dawno znalazłam, zupełnie przypadkowo, jak to zwykle bywa, zdjęcie mojego autorstwa wykorzystane bez pytania o zgodę na stronie reprezentowanej przez przedstawicieli władzy, nieważne w tym miejscu której, gdyż zadzwoniłam tam natychmiast, by wyartykułować swoje niezadowolenie i usłyszałam słowo przepraszam oraz obietnicę naprawy błędu. Z tym drugim już nieco gorzej, ale nie drążyłam, nie tym razem, przez szacunek do osoby z ukradzionego mi zdjęcia… Wiem jednak, jakie uczucia wtedy targają człowiekiem. Jakem blogerka.
Celebryci i ludzie na świeczniku zaskakują. Czasem bardzo negatywnie. Szkoda.
Sympatia sympatią, a kradzież kradzieżą. Dziwi, irytuje, gdy
pozwalają sobie na to osoby znane (dość naiwnie w końcu ryzykujące utratą zaufania
i sympatii właśnie). I nie chodzi już nawet o to, że
wydaje im się, że one mogą więcej, że od jakiegoś tam blogera (postrzeganego
często jako dziwaka, który robi coś za darmo) można brać bez wahania i
bezkarnie, bo on i tak przecież nie zarabia. Nic bardziej mylnego (to mówię
także jako blogerka, która nie zgadza się na kopiowanie i wykorzystywanie
czegokolwiek co moje, bez mojej wiedzy i zgody).
Zanim skopiujesz, drogi Czytelniku, pomyśl. Jeśli nie - czy wypada, to - co mogę zyskać, a co stracić? Bo może to być zabawa niewarta świeczki. A przy okazji blask stracisz.
